Jesteś


O mnie


Dodaj do ulubionych

Księga gości

Pisz
Zerknij



Poszło sobie precz

2005
listopad (10)
grudzień (19)

2006
styczeń (17)
luty (9)
marzec (14)
kwiecień (13)
maj (9)
czerwiec (15)
lipiec (14)
sierpien (16)
wrzesień (14)
październik (9)
listopad (9)
grudzień (2)

2007
styczeń (3)
luty (10)
marzec (4)
kwiecień (7)
maj (4)
czerwiec (5)
lipiec (4)
sierpien (7)
wrzesień (4)
październik (5)
listopad (3)
grudzień (3)

2008
styczeń (6)
luty (2)
marzec (5)
kwiecień (6)
maj (2)
czerwiec (2)

2009
marzec (1)





Lubię


Midianek
Kuba
Nowe Lepsze Arinkowo


Salon Slytherin
Córa
Milva
Keira
Indra Gard
Sinis
Idyllistyczne zapędy umysłu
Radziecki termos
Alutka






HMS dla
Arinki


zdjęcie autorstwa

Szanownego Narzeczonego


Na zdjęciu Arina po nocy na lotnisku

No patrzcie państwo mylog ruszył >> sobota, 21 marca 2009 06:32:25
Jak tylko uczynię backup tych lat (matko i córko to lata są), to przestanie mnie boleć, że mi blog znika :)
Pani Arina
komentarze [2]

Przeprowadzka >> sobota, 28 czerwca 2008 19:38:23

Znaczy pakuję walizki i idę sobie TUTAJ.
Powód?
Ano technicznie i dostępowo mylog dostatecznie skołatał moje nerwy. Zapraszam na, jak ja to zwykłam mówic 'nowe i lepsze' Arinkowo.
Pani Arina
komentarze [0]

Zawiadamiam, że żywam. >> wtorek, 24 czerwca 2008 22:49:46

Zaraz mi blog zarośnie zielskiem, chwostem i lebiodą. Tfu, na psa urok, już zarósł i to straszliwie. Arbajt bez dostępu do Internetu nie sprzyja pisaniu, a maraton mój niedawny, czyli osiem dni bez przerwy (miało być dziewięć, ale po drodze przydarzył mi się wypadek straszliwy – nie chwytać mi się tu za serce, cała jestem i zdrowa, tylko się strachu najadłam). Mianowicie prawie pozbawiłam się kciuka lewej ręki w zastępstwie krojąc cebulę. Przyszła szefowa i powiedziała, że nie safety to czynię. Znaczy, że nie tak, jak trzeba i niebezpiecznie.
(Swoją drogą dawno temu widziałam teledysk pod tytułem ‘Nienawidzę szefa’ i cosik chyba w tym było). Zostałam poinstruowana jak mam używać noża* (nie biegać z nim i nie wbijać przypadkowym ludziom i tak dalej...) i zostawiono mnie samą sobie. Znaczy z cebula białą, zieloną deską i takim że samym nożem, którego by się Kuba Rozpruwacz nie powstydził.
Stoję i myślę, że jak kazali, no to tak trzeba (no dobrze nie myślę nigdy).
Kroję Nowym Lepszym Sposobem, zerkam na zegarek, który pokazuje czterdzieści pięć minut do opuszczenia tego przybytku i...
Ciach! Rękawiczka mi się napełnia krwią. Ściągnęłam i łapa królewska moja pod kran.
Wyciągam spod kranu a tu potop szwedzki i purpurowe rzeki. Takim oto sposobem dowiedziałam, się, że mam hematofobię, bo na widok mojej własnej krwi mi się zrobiło tak miękko w kolanach i słodko w jamie ustnej.
I tak zyskałam dzień wolny.

Szanowny zachorzał w międzyczasie na ucho i wszystko inne, przez co przez tydzień wylegiwał się do nieprzyzwoitych godzin w łóżku, czytał, założył sobie bloga, tak, założył sobie bloga i nawet link do niego tutaj wstawię, bo i czemu nie, niech się wrogowie dowiedzą i zniszczą swe umysły.
Następnie, czyli dzisiaj boleściwie wstał do arbajt. Nie wiem, jak bardzo boleściwie, bo o godzinie szóstej rano trwałam w letargu, zdobyłam tylko tyle siły, by pstryknąć w przełącznik ekspresu kawowego i powrócić do łóżka z zamkniętymi oczami.

Posiadam wirtualnie bilet do Polski na ostatni dzień czerwca, na nieprzyzwoitą godzinę siódma trzydzieści i właśnie kombinuję, jak tu dotrzeć, żeby na lotnisku nie koczować, a nie wydać koszmarnych pieniędzy na przejazd. Gdyż i albowiem koszmarnych pieniędzy nie posiadam. Gdzieś kołacze mi w głowie autobus o 2.30 na trasie Carlow – Dublin Lotnisko, ale to, co w mojej głowie kołacze nie jest do końca pewne. Ja w ogóle nie jestem sama siebie pewna, w pracy nie miałam co robić i siedziałam pod zlewozmywakiem w kuchni, popijając wodę z kubka pod tytułem coca-cola.

Dziś natomiast celebruję długi weekend w środku tygodnia. Nie robiłam prawie nic poza leżeniem, czytaniem, snem około trzynastej i wyskoczeniem do sklepu po twarożek i cukier waniliowy, bo będą naleśniki z tymże i truskawkami dodatkowo. Truskawki co prawda z puszki, bo cena tych świeżych przyprawia w Ajriszolandii o zawrót głowy. Najem się w Polsce, tak, jak w zeszłym roku (czyli trzy kilogramy na powitanie i lóżko na kilka godzin). Jeszcze mi czereśnie gdzieś w mózgownicy siedzą, ale już z mniejszą intensywnością. Powiedzmy na poziomie zielonego agrestu.
Swoją drogą ten niedojrzały, kwaśny agrest był zakazanym smakołykiem czasów, kiedy byłam dziecięciem z blond afro na głowie. Babcia, przekonana o tym, że owoc powoduje przeróżne choroby i nieżyty straszliwe i szóstym zmysłem wyczuwała, kiedy mała Arina zbliża się do krzaka.

Spanie popołudniowe przyniosło sen o tym, jak z koleżanką pracową, niejaką Anną kradłyśmy bagietki. W tle pałętała się ekipa remontowa w stroju Adama. To ja sobie naleję kawy i obejrzę jakąś Futuramę z Szanownym.

Czytane:
Artur Baniewicz ‘Pogrzeb Czarownicy’
Oglądane:
Simpsonowie sezon trzeci
Wolf Creek
Casino Royale z nowym lepszym Bondem






*później okazało się, że moja szefowa widziała taki sposób krojenia w programie kulinarnym i wymyśliła sobie, że na pewno jest najbezpieczniejszy

Pani Arina
komentarze [1]

Nie umrę, bo nie zrobię tej satysfakcji swoim wrogom. Czyli rzecz o mutacjach czarnobylskich, nogach nie na miejscu i pani co dała. >> poniedziałek, 19 maja 2008 18:29:00


Drogą szantażu, kradzieży i innych niecnych czynów wzięliśmy z Szanownym w posiadanie jakowąś wersję office wraz z programem do pisania pod tytułem... uwaga, uwaga Word.
Dlatego też cieszę swe piękne błękitne oczy widokiem polskich znaków, a nie krzaczków zamiast nich, tudzież innego dziadostwa.

Zaczniemy od tego, że należy mi pogratulować nowej arbajt związanej z tym, czego każdy człowiek poza Ariną potrzebuje, czyli jedzeniem. Spuśćmy zasłonę milczenia na szczegóły, gdyż zapierniczałam cały weekend i jutro także i sobotę i niedzielę mam w tym tygodniu we wtorek i środę. Nogi mi włażą w cztery litery proszę Szanownego Państwa.
Biuro - Kuchnia - Customer service i taką trasę przez siedem i pół godziny. W sobotę osiem i pół. Z przerwami w liczbie dwóch, w których udaje mi się nakarmić mózg (że co?) nikotyną, a następnie dostarczyć organizmowi kofeiny.

Tak mi się wydaje, że brakuje w moim ciele dodatkowej pary rąk, nóg i oczu. Ale może mi jeszcze wyrosną, w końcu jestem urodzona po wybuchu w Czarnobylu.

Jakby kto pytał, to Szanowny zdrów i cały. Znaczy palec odrósł, że prawie znaku nie ma, uszu sobie nie poobcinał ani niczego innego. Szanowny obok mnie interneci i smyra nogą gdzieś w odmętach kołdry. A odmęty to niesamowite, bo kołdra, pod którą zmieściłyby się jeszcze ze dwie chude osoby, albo stado małych kociąt. No właśnie stada małych kociąt tutaj brakuje, choć zastanawiamy się nad nabyciem jakiegoś zwierzęcia. Mówimy nie i to stanowcze nie myszkoskoczkom i parom gryzoni które Na Pewno i Dam Sobie Rękę Uciąć są dwoma osobnikami tej samej płci. Na razie Pani Arina obstaje przy szczurze, a Szanowny skłania się ku śwince morskiej. A właśnie, niejaka Marla S., pod nieobecność swej właścicielki zamieniła się w Zorro. Wycięła pazurami piękne Z na łapie Już – Nie- Małoletniej. Mam to udokumentowane.
Innymi słowy kotu się we łbie psuje. Już nie wystarcza polowanie na niewidzialnych ludzi wizących na ścianach, tylko zabawiamy się w tajemniczego wojownika w masce. Tylko dlaczego wycina Z zamiast M?
Chyba jestem tak zmęczona, że nawet zmęczenia nie czuję.
Zapowiadają mi się z wizytą Szanowna Rodzicielka i Wielki i Wspaniały Staruszek. Nie mają ni, przeciwko spaniu na podłodze, warunkom polowym i tym podobnym.

Czytane:
Pany Samochodziki
The Book of Magic czyli jak Szanowny przekonał Arinę, że komiks nie gryzie.

Słuchane:
REM ‘Accelerate’ – mogłabym tą płytę zjeść

Obejrzane:
Niestety w kawałkach, gdyż po włączeniu filmu zapadałam w sen głęboki
Żywe trupy, rany nie pamiętam jaka część, moment to zapytam Szanownego, aha, Noc Żywych Nieboszczyków, Feniks, czyli jakis sajens fikszyk i chyba coś jeszcze ale nie dam sobie za to niczego uciąć.

Motto tygodnia:
‘Patrz, dobra pani nam dała’ by Szanowny.




Pani Arina
komentarze [3]

Az mi wstyd, bo juz maj mamy, a mi blog zielskiem wszelakim zarosnie. >> piątek, 9 maja 2008 11:53:00

Jestem potworem i zmusilam Szanownego do obejrzenia '10 things I hate about you' czyli po naszemu 'Zakochanej Zlosnicy'.
No bo Szanowny nie bedzie sie przeciez slinic do Heatha L. spiewajacego ze I love you baby.
Szanowny o dziwo nie komentowal prawie ani razu. Prawie chyba znaczylo, ze zapytal 'dlaczego?' z jekiem i bolem w oczach. Ano mnie sie kaze ogladac teksanskie masakry (sama chce, ale pozniej juz nie) na ktorych becze ze strachu, nie wazne, czy to stare wersje czy nowe.

Z Ajriszolandii uczynila sie pogodowa hiszpania i przez caly tydzien czcilam sezon sukienkowy, demonstrujac gole i biale odnoza. Dzisiaj pogoda troche podupadla, ale nic to, bedzie czas na ogladanie tego co jeszcze zostalo (a w wypozyczalni maja filmy pod tytulem 'Vampire sisters' i 'Devil's child'. )

W Arinkowie posiadamy najprawdopodobniej ducha, ktory wczoraj wieczorem zapachnial perfumami chanel. Póki nie bedzie stukal i straszyl nie ma problemu.
Ja przepraszam, ze tak krotko i zwiezle, ale mam komplet nowych panow Samochodzikow, od ktorych nijak mnie oderwac nie mozna.

Pani Arina
komentarze [1]

>> wtorek, 29 kwietnia 2008 11:10:57
Bardzo przepraszam, ale poki co nie posiadam polskich znakow. Gdyz i albowiem stukam sobie na klawiaturze made in Szanowny. A u Szanownego, jak byk widnieje English (Ireland). No wezcie i mnie zakopcie zywcem.

no wlasnie

Pije sobie kawe i kopce papirosen, ponoc wczoraj wymyslilam rzucanie na 3 maja dla siebie i Sz.M., bo trzeci to taka fajna data, ale ja nie wiem, chyba bede sobie musiala relanium zaaplikowac albo inny prozac.
Jest mi chorobelnie zle i to do tego stopnia, ze zaraz zaczne przeklinac na tym blogu, czego chyba od zalozenia wiekopomnego nie bylo. Truskawek mi sie chce na przyklad:

Arina (28-04-2008 14:43)
Strawberry fields forever....

Kuzyn (28-04-2008 14:45)
jakie truskawkowe

Kuzyn (28-04-2008 14:45)
cos ci sie pomylilo

Arina (28-04-2008 14:45)
a czemu?

Kuzyn (28-04-2008 14:45)
marchewkowe

Kuzyn (28-04-2008 14:47)
jak to czemu

Kuzyn (28-04-2008 14:48)
dla wielbladów

Arina (28-04-2008 14:48)
no czemu marchewkowe, jak Beatlesi spiewali o truskawkowych;d

Kuzyn (28-04-2008 14:49)
ale wielblady nie jedza truskawek;-)

Arina (28-04-2008 14:49)
a marchewke tak?

Kuzyn (28-04-2008 14:49)
no ba

Arina (28-04-2008 14:49)
z reszta, ja wole truskawki, bo nie mam garba na plecach:)

Smutno mi tak brzydko i w ogole, Szanowny do arbajt dzisiaj wstawal o czwartej, mialam tyle sily wewnetrznej, zeby wylezc z lozka w mrok i wcisnac start na ekspresie do kawy, niech ma, ze zona dba o niego w jakis sposob, chocby tym startem. Albo baklazany na obiad poczynie. Takie z miesem mielonym, made in strefa.
Musze sie zmusic do wyjscia z lozka. ale najpierw trzeba dopic kawusie.

Pani Arina
komentarze [1]

Jab³ko o smaku maliny >> poniedziałek, 28 kwietnia 2008 10:52:40

Siedzê sobie z papirosen, kawê wypi³am, a za daleko mam do kuchni i ekspresu, ¿eby zrobiæ sobie nastêpn¹. Za nic nie chce chce mi siê dzia³aæ, chocia¿ po d³ugim weekendzie (zaraz bêdzie daczego d³ugim) mamy bajzel wmieszkanku jakpo przejœciu bomby. Ale dzieñ jest d³ugi, wiêc mo¿e w okolicach hejna³u z Wie¿y Mariackiej znajdê si³y.
Od soboty, dziewiêtnastego kwietnia, czyli od Arinkowego przylotu do Ajriszolandii; Szanowny dwukrotnie usi³owa³ sie uœmierciæ, w tym raz przy okazji mnie. dzieki próbie numer dwa mieliœmy w pi¹tek wolne. Ale przejdŸmy do rzeczy.
Próba 1.
Szanowny budzi siê rano, w ³ó¿ku zapala papirosen i zasypia. efektem jest dziura w poduszce. Szkoda poszewki, oj szkoda, ale dobrze, ¿e to nie moje szlachetne rude kêdziory, bo takich rzeczy siê nie wybacza.
Próba 2.
W czwartek po po³udniu pani Arina siedzi sobie w mieszkanku, pije kawê i czyta jakieœ farmazony na jednym z forów gazety.pl. Niespodziewanie do drzwi puka Szanowny, bo nie ma kluczy. Szanowny ma obwi¹zan¹ ³apê, ze szczególnym uwzglêdnieniem kciuka. I powiada, ¿e sobie kawa³ek opuszka owego odci¹³. Pani Arina blednie, siada, wstaje i zaczyna stepowaæ. No, mo¿e bez tego ostatniego.
Ale to jeszcze nic. Po prysznicu Szanowny prosi o pomoc przy zmianie opatrunku. Pod warstw¹ ochronn¹ banda¿ okazuje sie mieæ barwê karmazynow¹ i jest straszny, mroczny i z³y.

Pani Arina blednie ponownie, ju¿ bez stepowania. ale cudo zaczya sie, gdy widziny ranê saute i krew sp³ywaj¹ca purpurow¹ rzeka i anio³ami apokalipsy z Jeanem Reno na czele do kuchennego zlewu w asyœcie wody z kranu.
I jeszcze pytam Szanownego, czy boli. No tak, upier... sobie kawa³ palca, a ja siê zastanawiam. Wsadziliœmy zadki do taksówki, przy okazji przypomnia³am sobi, ¿e kciuk to thumb, zawieŸlismy do szpitala. W szpitalu przyjmowa³ pan dochtor z Afryki zdaje sie pó³nocnej bo by³ kawowy, w dodatku by³ to jego pierwszy dzieñ pracy w tym niecywilizowanym Ajriszowskim kraju.
Pod³uba³ przy ranie Szanownego, nie skomentowa³ mojego opatrunku (a by³o co komentowaæ), powiedzial, ¿e za du¿o odciête, aby szyæ, zala³ rivanolem, naklei³ plaster z rivanolem, na³ozy³ sto piêædziesi¹t opatrunków w tym, na samym koñcu bandazow¹, urocz¹ prezerwatywê, wypisa³ jakoweœ leki i zainkasowa³ sume, która akurat by siê przyda³a do posiadania, nie wydawania na dochtorów.

Pi¹tek z racji wypadku Szanowny posiada³ wolny, dlatego tez spêdzilismy urocze godziny ogl¹daj¹c stosy filmów, œpi¹c do jedenastej i w ogóle.


Najwiêkszy komplement na œwiecie:

'Dobrze, ze nie jesteœ narwalem'

by Szanowny.
Pani Arina
komentarze [1]

Szanownemu postawimy pomnik za całokształt. >> środa, 9 kwietnia 2008 12:22:15

Mam taką własną i prywatną kwalifikację ludzi, co do sposobu dostania się do nieba. Raju znaczy się.
I tak, niektórzy jadą ekspresem, jeszcze inni wozem konnym... Ja pójdę za tymi, co ciągną dwudziesto kilogramową kulę u nogi. Szanowny za to poleci najprawdopodobniej prywatnym odrzutowcem. Zrobię mu kanapki na drogę, albo jakieś drożdżowe ciasto skonstruuję.
Siedzę sobie właśnie z drugą kawą w kubku z owcami, gdzieś tam w kuchennych odmętach parzy mi się herbata z karmelem. Chwilowo mam cisze w rodzinnym Arinkowie, bo Małoletnia (jeszcze jedna Małoletnia została w rodzeństwie naszem...) pojechała na bliżej nieokreśloną wycieczkę szkolną. Wcześniej, korzystając z mojego letargu ukradła kolczyki, błyszczyk do malowania pyszczka i inne rzeczy, których zidentyfikować nie potrafiłam, za bardzo byłam zaspania. Nic to, jak wróci ocenię, czy ukradła tylko część odzieży wierzchniej, czy też cała jest ubrana made in Szafa Ariny.
Dokonałam wczoraj wiekopomnego czynu i w końcu naprawiłam swoje ulubione okulary. Jestem uboższa o złotych dwadzieścia pięć i w dodatku mam w jednym zauszniku śrubkę, a w drugim nie, ale tego nie widać. Albo ja nie widzę, z resztą nieważne.
Za to w rozpacz czarną i bezdenna popadłam, bo zobaczyłam oprawki wielkiej urody i zachorowałam na nie. Niestety odłożymy to do bliżej nieokreślonej przyszłości, bo mimo, ze na oprawki mnie stać, to na szkła już nie bardzo i poza tym posiadamy inne wydatki w planach. Zawsze też można ukraść rentę dziadkom, żeby nie truli się lekarstwami, a wspomogli mimowolnie mój fundusz.
W parafii Arinkowo podkrakowskie ma być wielkie wydarzenie, a mianowicie pojawi się obraz, co to bywa raz na czterdzieści lat. W szczególy za bardzo nie wnikałam. Ale, że takie wydarzenie, to tradycyjnie dekoruje się trasę przejazdu. Ksiądz proboszcz zebrał od parafian kwotę na cuda i niewidy i cisza. I cisza. A do poniedziałku niedaleko.
Co gorliwsi udali się do niego z zapytaniem i co?
-Matkę Boską to należy mieć w serduszkach, nie na chorągiewkach.
Alleluja.
Idę czytać 'Norweski dziennik'
Pani Arina
komentarze [4]

Etatowi uspokajacze >> wtorek, 8 kwietnia 2008 10:33:59
Etatowi uspokajacze nie mieszkają w niebie, nie schodzą po tęczowych stopniach na ziemię. Etatowi uspokajacze żyją litrami czarnej i zielonej herbaty, a rano wypijają kubek kawy. Lubią precle grubo oklejone solą i ogromne lizaki sprzedawane na odpustowych straganach.
Mają wytarte brwi od ciągłego pocierania i paczkę chusteczek w kieszeni.
Etatowi uspokajacze w samotności rzucają talerzami i wrzeszczą w lesie. Nie mają plakietek, ale poznają się na ulicach. Widzą, jak inni, z tej samej kompanii kupują środki przeciwko migrenie i paczkę musujących witamin. Bo musujące witaminy buzują wesoło w szklance. Etatowi uspokajacze jadą ekspresowym pociągiem do nieba. Ale pociągają za hamulec bezpieczeństwa, kiedy widzą kogoś na stacji.
Pani Arina
komentarze [0]

Dzień dobry na dwa razy. >> czwartek, 3 kwietnia 2008 09:59:33

Od czasu do czasu mam problemy ze spaniem likwidowane skutecznie za pomocą leku przeciwko alergiom wszelakim. Ale jak przeszkody mijają, zaczyna się chiński taniec o poranku. Prawdziwie chińskie tango.

Domostwo Pani Ariny i Szanownego:
Budzik o szóstej zawołał 'wstawaj k...'. Zaprawdę kiedyś to wezmę do siebie. Albo i nie wezmę, bo telefon z owym powitaniem Szanowny stracił w okolicznościach, o których nie wiem, czy można mi opowiadać. W każdym bądź razie telefon pochłoną przybytek, gdzie król piechotą chodzi na wykopaliskach.
Pani Arina jeszcze przytomnie wstaje, wciska przycisk produkujący napój kofeinowy i wraca do łóżka. Szanowny w tym czasie zdążył wyłączyć dzwonienie i zapadł w drzemkę. Co mam robić, idę jego śladem. O szóstej trzydzieści znowu wrzask. Kładę swą filigranowa łapkę gdzieś w okolicach klatki piersiowej własnego i prywatnego męża, przyciskam go z całej siły do prześcieradła i mruczę, żeby wstawał. Na wszystkie wzmożone ruchy ciała odpowiadam jeszcze większym uciskiem i uściskiem. tuż przed siódmą Szanowny zrywa się z łóżka, pije kawę w biegu i szuka czapki/ polara /łopatki do odgrzebywania szkieletów/portfela bo ma rachunki dzisiaj zapłacić i wybiega z domu po pożegnaniu.
Pani Arina nie zamierza trwonić energii na próżno, bo przecież pracę posiadała trzy kroki od mieszkanka, w dodatku na dziewiątą. Ustawia budzik na ósmą dwadzieścia pięć. O ósmej trzydzieści wstaje, wypija kawę, leży w łóżku, sprawdza pocztę, idzie pod prysznic, maluje sobie oczy, wdziewa coś na grzbiet i pędzi z wywieszonym ozorem te trzy kroki dalej.

Rodzinne Arinkowo Podkrakowskie:
Z reguły wszyscy się spieszą i mają coś do roboty, tylko nie ja. Jeśli Szanowna Rodzicielka wychodzi do własnej państwowej pracy na dziesiątą (tak, nauczyciele w podstawówce tak mają, jeszcze wracają o dwunastej!) próbuje ze mną nawiązać kontakt.
Sz.R:
- Ale chociaż otworzyłabyś te oczy, jak ze mną rozmawiasz.
A:
- Chciałabym, ale nie mogę. Wezwij dźwig.
Sz.R:
- A bo wiesz, cośtam wieś/praca/babcia.
A:
- umhm....
SzR:
- Ty mnie w ogóle słyszysz?
A:
- Tak, tylko mam ograniczone reagowanie.

Wersion dwa, czyli Arina ma coś do zrobienia wczesnym rankiem:
Sz.R:
- Wstawaj bo musisz jechać na badania/ zadzwonić gdzieśtam/ lecieć na Księzyc i tylko na Ciebie czekają.
A:
-Za pięć minut to będzie możliwe. Mogłabyś mi zrobić kawy?

Siedzę sobie właśnie z kawą w pomarańczowym kubku i usiłuję wyjść z letargu. Niepotrzebnie o siódmej z minutami właziłam do łóżka Rodzicielki i włączyłam kreskówkę. Padłam, jak maratończyk. Chyba jeszcze zdążyłam przełączyć na inny kanał, bo przez sen słyszałam Wellman i Prokopa.

Pani Arina
komentarze [3]

... >> środa, 2 kwietnia 2008 21:17:48

Siedzę sobie z papirosen i kubkiem herbaty. Kubek z krówką, a herbata ziołowa. Dla odmiany.
Nie mam siły przyznać się do tego, że ostatnia noc upłynęła mi na wgapianiu się w pasek transferu opery, tudzież grzebania po stronach różnorakich. O takich porach to ludzie śpią. Przynajmniej znajomi ludzie.
O drugiej trzydzieści poddałam się, zażyłam sławetną pigułkę gwałtu o pseudonimie Zyrtec i po dwudziestu minutach śniłam o pomarańczowych motylach. Rano (rano to ostatnio ósma trzydzieści) rozmawiałam z Szanowną Rodzicielką nie otwierając oczu. Nie to, żebym nie chciała, ale powieki podnieść się nie chciały. Chociaż błagałam i groziłam na przemian.

" I zombie powlokło się pod prysznic, gdzie nagle otrzeźwiało, choć dnia poprzedniego kropli wody ognistej w ustach nie miało ".

Zakończyłam swój arcymądry serial pierwszego kwietnia. Oblałam ostatni odcinek łzami rzewnymi, powkurzałam się na scenarzystę, który nie chciał mi zrobić niespodzianki i hepi endu. No prosiak normalnie, jakby nie wiedział, że ja też chcę mieć rogi i być jak główny bohater. Ale jak dorosnę to zbuduję wioskę przeklętych i wtedy dopiero wszyscy zobaczą. I zapłaczą, że nie było inaczej, znaczy zapłaczą ci, co mają zapłakać, nie wszyscy.)

Ostatnio mi jakoś szaro, względnie zgniło - zielono. Martwię się jak jasny gwint, mówię sobie, ze będzie dobrze i spokojnie, ale i tak mnie coś od czasu do czasu dopadnie. I nawet 'Cztery wesela i pogrzeb' nie pomagają. Ale wiem, że ktoś ma na pewno gorzej, to i nie będę się licytować. Bo ja się jeszcze uśmiecham i zgryźliwa jestem jak zawsze.
Czyli nie jest ze mną tak źle, jakby się wydawało.

Zaczytuje się 'Złotym kompasem', który okazuje się nie być wcale niewinną powiastką dla dzieci i młodzieży. A w głośnikach mam "Sunday Morning". Bo mi się kojarzy ze spacerem po Plantach. Po raz kolejny popsułam swoje wiodące okulary i mi wstyd zawieźć do optyka. I kto powiedział, że czytanie książek to samo dobro i prawość? Bo to książka popękała mi tą część co się zahaczaczem za ucho kończy.





Pani Arina
komentarze [0]

Do jutra zmądrzeję >> niedziela, 30 marca 2008 22:21:15

Dysponuję bardzo głupim edytorem tekstu, zwanym Mini Office, a dalej Edyta. Bo niejaki Arkadiusz to arkusz kalkulacyjny.Głupie toto jest, bo słownik ma ograniczony, niczym umysł gimnazjalistki w różowościach, albo i czegoś gorszego. Słucham sobie właśnie 'Retrovertigo' Mr. Bungle, ale się do tego nie przyznam, bo to muzyka Szanownego jest, która określiłam niechlubnym mianem muzyki na pile i grzebieniu. Wstyd mi teraz i hańba, ale o tym ciiisza. Cichosza.
Po raz kolejny usiłuję zaiwanić z głębin Internetu 'Chrno Crusade', coby go mieć na własność, nagrane najlepiej w kilku kopiach na płytach, serwerze i dysku twardym. Jednakże mój operator sieci jak na złość połączenie do czegoś takiego, o czym szkoda mówić. Mój operator będzie miał wybite zęby. Wiem, gdzie mieszka.
Dzisiaj udałam się z wizytą do Wielkiej i Szalonej Babci. Okazało się to błędem, gdyż dostało mi się za wszystko, nawet za to, czego zapomniałam popełnić. Następnie udałam się na kilka godzin w leśne ostępy. Gdy wróciłam , okazało się, że Babcia jest w jak najcudniejszym nastroju i zostałam obdarowana chustą szydełkową czarną pochodzącą z niewiadomego źródła. Chusta po praniu suszy i ocieka na balkonie, bo jest wspaniała i taka, że można się w nią odziać i nie zmarznąć. Będę straszna, mroczna i zła po raz kolejny. Ba! Mogę nawet zostać emo, albo i dwoma.
Tymczasem siedzę sobie z butelką kropli beskidu und papirosen brillant slim. Marla Singer uprawia walkę partyzancką z psem, to znaczy zeskakuje na niego z najmniej oczekiwanych miejsc, albo udaje, że śpi, łapie go za ogon i ucieka. nie sądzę, żeby w rodzinnym podkrakowskim Arinkowie kiedyś uchowało się normalne zwierzę. Była koza to popełniła seppuku przy użyciu powroza (poważnie, w niedzielę, przed mszą o 11.30. Chyba była satanistyczna. Dostałam histerii widząc ciało i pozostała mi trauma na całe życie i pewnie nie przejdzie).
Stąd nikt nie wychodzi zdrowy na umyśle. To taka przypadłość rodzinna, której wirus ingeruje w geny obcych i zostawia ślad.
Ja dzisiaj jestem wyjątkowo kopnięta w głowę, dlatego zostawię Szanownych Państwa z ta notką i głowami pełnymi mądrych, dobrych i prawych przemyśleń.
Sama zaś zajmę się odcinkami numer 18, 19 i 20 japońskiej kreskówki o zakonnicach i demonach.


Pani Arina
komentarze [1]

Jakoś mi fioletowo >> czwartek, 27 marca 2008 11:31:28



Zbieram się do tej notki jak sójka za morze, wczoraj coś późną nocą miałam napisane, ale akurat załadował mi się drugi odcinek 'Chrno Crusade' i poddałam się. Chrno Crusade to bardzo mądra kreskówka japońska o zakonnicach i demonach. Powinni puszczać to dzieciom w klasach 1-3 jako film instruktażowy 'Co by było gdyby przyszedł po Ciebie pan z czerwonymi oczami, bynajmniej nie albinos'. Szanowna Rodzicielka, wychowawczyni takich właśnie dzieci doszła do wniosku, że się nie nadaje. To znaczy ujęła to innymi słowami i usłyszałam coś w rodzaju 'w głowie ci się popsuło'.

Szanowny po raz kolejny wyemigrował mi do Ajriszolandii.
Tęsknię okrutnie i piszę w tajemnicy wiersze o tęsknocie, ale umieszczać mi ich nie wolno, bo Sz. zagroził zjadliwym komentarzem o tym, że się nie rymuje. Jasny gwint, jakbyśmy mieli potomstwo, to bym to potomstwo nauczyła chociaż mickiewiczowego 'Powrotu taty' i bym się powzruszała. Ale może i dobrze, bo po zadeklamowaniu owego wiersza potomek pewnie zawołałby, że jeść, że zabawkę, a tu się odchudzamy za pomocą 6 Weidera i mało jemy, a w dodatku te pluszaki to są moje, niczyje inne. Ale jak niesie wieść mojej rodzinnej podkrakowskiej, ja byłam w ciąży już w okolicach czerwca 2007, to może jak słoń jestem, albo inny zwierz...

Siedzę sobie właśnie z kawą w pomarańczowym kubku wielkości wiaderka, z papirosen tlącym się na popielniczce, z Marlą Singer na kolanach, wokół mnie malowniczy nieład (zwany dalej bajzlem). Szczenię widoczne na zdjęciu gdzieś poniżej rośnie w zastraszającym tempie, zamienia się w małego mordercę ręczników zwisających na poziomie jego pyszczka. Podejrzewam, że zjada więcej, niż waży, ale to są tylko moje przypuszczenia.

Kiedy nie ma Szanownego, nie mogę spać w nocy, kładę się dawno po godzinie duchów, a ostatnio psychoza nakazała mi czytać Sagę o Królestwie Światła tom drugi i trzeci. Źle ze mną chyba. Bo jeszcze oglądałam 'Ostatniego smoka' z głosem Seana Connery i oczywiście uderzyłam w bek w wiadomym miejscu. Nie lubimy jak inteligentne, złośliwe i wredne smoki giną.

Poza wszystkim czytamy cosik, co zwie się 'Złoty kompas' i mimo, że jest o dzielnym dziecku, całkiem nieźle wciąga.
Do obejrzenia:
'Ostatni smok 2' (idziemy na całość)

A tutaj mamy obiecaną Słowację, bo imageszak zrobił się nagle dobry i prawy:














Pani Arina
komentarze [3]

Zwierzyna, oj zwierzyna... >> piątek, 14 marca 2008 11:30:43
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

QuickPost

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

QuickPost

Pani Arina
komentarze [2]

>> czwartek, 13 marca 2008 10:30:48
Szczerze mówiąc nic mi się nie chce.
Znaczy chce, tylko sił mi brakuje, jakieś wiosenne przesilenie i w ogóle, można przez cały rok na depresję chorować, bo przy każdej potrze inny typ, ale ja nie mogę, bo depresja jest w modzie, a ja nigdy modna nie byłam. Zrobię się taka koło trzydziestki.
Tymczasem popijam sobie kawę z kubka z krówką, pomstuję na Marlę Singer, która w nocy rozbiła moje wiaderko do picia, zrzuciła bezczelnie z ławy na ziemię, utrąciła uszko, uszko poszło w drobny mak i zostało coś, czego można używać jako miski na płatki owsiane, względnie ryżowe.

Poza tym posiadam nie - swoje - szczenię. Nie moje szczenię nosi imię Kulfon, ma 7 tygodni, mamę sznaucera miniaturę i bródkę. Poza tym śpi u mnie w łóżku, jest niesamowicie towarzyski ('Gdy kiedyś odejdziesz do innego pokoju, ja uderzę w płacz...'). Szczenię w przyszłości, czyli na Wielkanoc zostanie podarowane Bratu Szanownej Rodzicielki. Poważnie rozważam spakowanie psa w koszyk i ucieczkę z nim do Belgii. Szanowny też.
Kulfona tymi rączętami przywiozłam z województwa śląskiego, po drodze zobaczyłam stację kosmitów, która się rmfem okazała. Przebyta droga była pełna niespodzianek i niebezpieczeństwa, okraszona zieloną herbatą i kebabem u Midianka, spaniem w busie, wrzaskiem dzieci podróżujących 'Mamo, ja chcę pieska' (miałam ochotę powiedzieć 'Ja mam, a Ty nie').

A wczoraj poszliśmy wraz z Szanownym na podróże z żartem i zobaczyłam, że pani Liszowska to wcale nie jest gruba i brzydka. Ładna jest, ot co. Ja nie wiem, co ta kamiera z człowiekiem robi...
Tymczasem udaję się po drugą kawę.
Pani Arina
komentarze [3]

<>